Depresja „zapukała” do moich drzwi dokładnie w marcu 2017 roku. Przyszła niespodziewanie i rozgościła się na kilka ładnych miesięcy. W swojej walizce przyniosła mi ogromną pustkę, smutek i wyczerpanie. Każda myśl czy ruch fizyczny związany był z bólem. Bolała mnie dusza, emocje i ciało. Zachwiane zostało również moje zaufanie do siebie samej i innych ludzi. W takim stanie nie rozumiałam siebie, nie wiedziałam czy mogę ufać swoim myślom. Moje dotychczasowe życie zostało doszczętnie przemeblowane.

Moja nowa „współlokatorka” nie była łatwym gościem. Tym bardziej, że nie została przeze mnie zaproszona. Nie wyprawiłam dla niej przyjęcia powitalnego. Nie chciałam jej w sowim życiu! Depresja po prostu wtargnęła i została. Wspólne początki nie były łatwe. Nie wiedziałam dlaczego i po co przyszła. Jej walizka nie była pełna radości, harmonii czy dobrych myśli. Nie było w niej dobrostanu.

Po kilku tygodniach walki z Depresją stwierdziłam, że to do niczego nie prowadzi. Ta walka nie przynosi mi wolności. Po każdych emocjonalnych „przepychankach” czułam się gorzej. I takim sposobem urządziłam jej przyjęcie powitalne. A raczej wieczór, w którym zaprosiłam ją do stołu i zaczęłam z nią rozmawiać. Okazało się, że bardzo dobrze się znamy. Zrozumiałam, że jej przybycie miało mnie zatrzymać, abym mogła pobyć z sobą samą. Po czasie mogę stwierdzić, że mieszkanie pod jednym „dachem” z Depresją zmieniło i zmienia mnie każdego dnia. Co takiego dobrego przytargała Depresja do mojego życia?

  1. MOMENT SŁABOŚCI TO NIC ZŁEGO

Depresja zmusiła mnie do zatrzymania i przyjęcia mojego słabszego czasu. Mimo, że często wracały do mnie myśli, że nie wolno mi mieć gorszego momentu w życiu. Przecież świat wymaga od nas bycia dyspozycyjnymi, wydajnymi i przede wszystkim zdrowymi psychicznie. Nie wolno mieć depresji. A jeśli się choruje to trzeba to ukrywać. Boimy się utraty pracy czy „łatki” bycia chorym na depresję. Zapominamy o tym, że chorobę można wyleczyć. I wrócić silniejszym i bardziej pewnym swojej wartości. Tego, kim jesteśmy!

  1. DEPRESJA TO NIE SMUTEK

Chociaż smutek jest do depresji podobny, nie jest jednak tym samym. Wiele osób myśli, że ich depresja to „tylko smutek”, z kolei inni boją się, że ich smutek to depresja. Dzięki depresji zrozumiała różnicę między nimi. Smutek to jedna z emocji, która towarzyszy nam w życiu. Emocje mają to do siebie, że szybko przychodzą i odchodzą. Depresja natomiast przychodzi i trwa. Smutek przychodzi bo ma powód. Z depresją bywa różnie. Często zjawia się bez przyczyny, nie zależnie od zewnętrznej sytuacji. Choć bywa i tak, że związana jest z inną chorobą lub spowodowana jest jakimś trudnym, niespodziewanym wydarzeniem.

  1. MOGĘ CZUĆ TO, CO CZUJĘ

Depresja nie jest łatwą towarzyszką. Przychodzą momenty wyczerpania czy złości. Nawet buntu na Boga. Łatwiej było mi obwinić i gniewać się na Boga, niż po prostu „pobyć” z tymi wszystkimi uczuciami. I zastanowić się nad tym, co się pod nimi kryje. Zrozumiałam, że świat wymaga od nas bycia „grzecznymi” osobami. Nie wolno nam czuć złości na rodzica czy szefa. Podczas choroby pozwoliłam sobie na  przyjęcie siebie z takimi emocjami, jakie w danej chwili miałam. Nadal uczę się nie osądzać siebie czy innych na podstawie rodzących się uczuć. Dzięki depresji kształtuję w sobie nowe umiejętności nazywania i konstruktywnego wyrażania uczuć. To zarazem trudna i ekscytująca podróż!

  1. PÓJŚCIE PO POMOC TO NIC ZŁEGO

Kiedy zachorowałam nie szukałam pomocy. Myślałam, że sobie poradzę. Poza tym, pójście do lekarza i przyznanie się do depresji było dla mnie oznaką słabości. A przecież nie mogę być słabeuszem. Jednak po 2 tygodniach, kiedy miałam problem ze wstawaniem z łóżka zrozumiałam, że potrzebuję specjalistycznej opieki. I tak trafiłam do lekarza psychiatry. To była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Chociaż w mojej głowie toczyła się walka ze stereotypami na temat leczenia psychiatrycznego czy leczenia antydepresantami.

Wraz z depresją mogą pojawić się inne symptomy: problemy ze snem, zaburzenia lękowe czy myśli samobójcze. Tak, depresja jest chorobą śmiertelną! I najważniejsze jest chorobą, którą można wyleczyć. Moje leczenie odbywało się jednocześnie na trzech poziomach. Oprócz lekarza psychiatry i leków antydepresyjnych korzystałam z pomocy terapeutki. Równocześnie byłam pod opieką duchową jednego z ojców jezuitów, który był psychologiem. Mimo, że często czułam się wyczerpana, takie leczenie pomogło mi zrozumieć siebie w każdym momencie choroby. Wytrwać mimo kryzysów na drodze wyzdrowienia. Do dzisiaj dziękuję Bogu za tę TRÓJKĘ  towarzyszy!

  1. ZADBAJ O SIEBIE  I SWOJE POTRZEBY

Dzięki chorobie zrozumiałam, że nie dbałam o siebie. Śmiem twierdzić, że „zabijałam” siebie. „Zabijanie” polegało na tym, że przestałam dbać o siebie pod względem duchowym, psychicznym i fizycznym. Nie szłam dalej, zatrzymałam się i przestałam się  wspinać w każdej dziedzinie życia.

Moja praca polegała na pomocy innym osobom, zaspokojeniu ich potrzeb materialnych czy fizycznych. Zrozumiałam, że zepchnęłam na bok własne potrzeby. Pomaganie innym wychodziło mi bardzo dobrze, jednak nie potrafiłam pomóc sobie. Nie potrafiłam nawet dotrzeć i nazwać tego, czego pragnę i oczekuję. Dopiero kiedy zabrakło mi sił i nastał czas depresji zaczęłam zauważać, że nie wiedziałam czego chcę. Nie wiedziałam kim jestem…

Wiele moich wcześniejszych decyzji było nietrafionych tylko dlatego, że własne pragnienia zakopałam gdzieś bardzo głęboko. Dzięki depresji małymi krokami zaczęłam szukać i dbać o SIEBIE.

Ile ludzi na świecie tyle różnych odcieni depresji. Każda jest inna. Każda związana z innymi wydarzeniami. Kiedy byłam na początku choroby nie myślałam, że mogę wyzdrowieć. Uważałam, że do końca życia będę się tak czuła. Stało się inaczej. Nie mam jednej recepty ma wyzdrowienie. Wiem, jedynie, że potrzebowałam Boga, do którego krzyczałam w ciemne noce. Który dawał pocieszenie, kiedy chciałam zrezygnować. Boga, który dawał siły, abym mogła szukać pomocy. Boga, który był ze mną!